Czerwiec 2005 roku na pewno był upalny. A nawet, jeżeli nie był to w firmie i tak zawsze było albo za gorąco albo za zimno. Rok 2005 to nie był czas, gdy firmę stać było na klimatyzację. No bo jakby to wyglądało? Firma wydająca RPG i klima….

Dzisiaj dla odmiany będzie dłużej niż zwykle. Będzie dłużej, bowiem siedzę w Firmie, Michał dłubie w NS, Blaszak w Karaibach, a ja mam ochotę na chwilę odsapki. Mogę poplotkować.

Jakoś tak w zeszłym tygodniu na forum serwisu gry-planszowe.pl wybuchła awantura po tym, jak Wolvie opublikował na serwisie Gildia recenzję gry Wyprawa wychwalając ją pod niebiosa, podczas gdy gra nie do końca na to zasługuje. Zaraz do tablicy zostali wywołani (a w zasadzie sami się zgłosili) także pozostali recenzenci, Sesji z Poltergeista i bodaj Inkwizytor z Valkirii. Okazało się, że najchłodniej i najsurowiej grę oceniono właśnie na Valkirii, mimo że przecież ten serwis znany jest z hurraoptymistycznych i bardzo pochwalnych recek. Na stronie gier planszowych Wyprawa dostała srogie bęcki w recenzji i stąd pytanie – czy te, publikowane na Gildii czy Polterze są na pewno wiarygodne? Seji i Wolvie zaklinają się, że Wyprawa jest bardzo fajna i naprawdę lubią w nią grać, ludzie z forum gier planszowych nic a nic im nie wierzą… ogólnie powstał siwy dym i oskarżenia o to, że recenzje są pisane pod wpływem i na zlecenie wydawców. 

A piszę o tym, bo jak bumerang powraca temat wiarygodności internetu. Jak wiadomo, jednym z zarzutów przeciwko wydawanemu przez nas Piratowi jest twierdzenie, że „Po co mam wydawać 5 zeta na pismo, skoro to samo mam za darmo w internecie”. No i wtedy ja dostaję białej gorączki, bo twierdzenie jest absurdalne. To mniej więcej tak, jakby prezes Górnika Zabrze powiedział:  „Po co mam kupować Zidana, jak mogę mieć za darmo Sebastiana Milę”. 

Spoko, Mila umie kopnąć piłkę do przodu a czasem i do tyłu, fryzurę to ma nawet lepszą od Zidana i w ogóle miły z niego chłopak, nie?

Rzecz właśnie w tym, że choć z pozoru materiał w inecie niczym nie różni się od tego w Piracie, to jednak różnica jest wcale istotna. 

Zachęcam do porównania recenzji Labiryntu Czarnoksiężnika na serwisach inetowych i w Piracie. To samo Troi. To samo – już na dniach – Wyprawy. Różnica jest taka, że faktycznie, jak jeden z drugim serwis nadto podskoczy, to gratisy się skończą i wydawca przestanie je wysyłać. Więc znaleźć krytykę czasem trudno, chyba że jakiś serwis wojuje z jakimś wydawcą i wtedy jest zazwyczaj dokładnie odwrotnie.

Pirat podskakiwać może i pisać prawdę bez owijania w bawełnę. Jak nam się Troja nie podobała, to to napisaliśmy. Znam Marcina Tomczyka z KGK, mamy się w diablo dobrych stosunkach i kiepska recenzja wcale ich nie popsuła. Wyprawę do recenzji też dostaliśmy i nie ma mowy o zakręcaniu kurka z gratisami. Pirat jest pismem papierowym i stąd jego pozycja jest o wiele silniejsza. Jedyny zakręcony kurek to kurek ISY ale ta firma na odcinku gratisy do recenzji od lat dostawała czkawki i czkawkę tą ma do dziś.

Do czego zmierzam? Ano do tego, że ten wyśmiewany przez internautów Pirat nie jest taki głupi, jakby niektórzy chcieli sądzić. Może i jest droższy od internetu o 5 zeta ale jestem bardzo silnie przekonany, że jego wartość jest znacząco większa niż ten piątak. I może czasem warto wydać tą jedną monetę po to, by dostać teksty pisane przez profesjonalistów, dobrze przygotowane i przesiane spośród wielu nadesłanych. W inecie jest wszystko. W piśmie drukowanym są tylko rzeczy warte druku. Rzeczy warte druku i lektury.

I po tym przydługim wstępie, jak się już troszku zrelaksowałem, zabieram się za szybkie info z postępu prac. W poniedziałek zapukała do nas kontrola z pewnej państwowej instytucji i znacząco sparaliżowała pracę – a mówiąc konkretnie, wyłączyła mnie z gry. Ja siedziałem w papierach i potrwa to jeszcze kilka dni. Gdzieś w między czasie na szczęście udało się oddać do druku Pirata i Wbrew Regułom Wojny, więc oba produkty już niebawem trafią do sprzedaży.

Przez cały tydzień trwają też intensywne przygotowania do Dracoola, dopinamy sprawy związane z prelekcjami, LARPami, sesjami RPG… Na stronie konwentu coraz częściej pojawiają się aktualizacje, a lista atrakcji jest coraz barwniejsza. Ale i tak najlepsze w tym wszystkim jest to, że będziemy mieć na Dracoolu sporo ponad 50 planszówek (z moich zgrubnych obliczeń otrzemy się prawie o setkę tytułów) więc jeśli ktoś będzie się na Dracoolu nudził, to znaczy,  że jest dziwny. Nie wyobrażam sobie sytuacji by się na tym konwencie nudzić. Natomiast może się zdarzyć, że ktoś padnie z wycieńczenia. 

Zła wiadomość jest taka, że Morano do końca czerwca musi oddać dyplom na uczelni i przestał się do nas odzywać. Nie mamy więc covera do Piratów ani choć jednej panny. Pojawią się dopiero w pierwszych dniach lipca. 

Co jeszcze ciekawego… Negocjujemy sobie z Kuźnią Gier sprzedaż licencji na planszówkę NS. Z Wargammerem rozmawiamy sobie luźno o NS Tactics… Blaszak pograł sobie w Crystalicum CCG i powoli szykuje się do pisania recenzji do Pirata. Z Wolviem dogadaliśmy prelekcje na tegoroczny Teleport – będzie to trzygodzinny blok – przez pierwsze dwie godziny będę opowiadał o sprawach wydawniczych (kto był na spotkaniu z Portalem na Conqueście ten wie, dlaczego potrzebuję aż dwóch godzin!), a trzecia godzina to prezentacja Monastyru. 

W poniedziałek byłem w kinie na Królestwie Niebieskim i z przykrością informuję wszystkich, którzy jeszcze nie byli na tym filmie, że iść nań nie powinni. Obok świetnej muzyki, przepięknych zdjęć i nader cudnej pani rozkochującej w sobie Legolasa, w filmie niestety nie ma wiele godnego uwagi. Scenariusz woła o pomstę do nieba, rzecz ciągnie się niemiłosiernie, a droga głównego bohatera od prostego kowala do genialnego stratega dowodzącego obroną Jerozolimy jest tak irytująca, że człowieka aż ściska. Rzecz może przypadnie do gustu amerykańskiej widowni rozkochanej w micie o karierze od pucybuta do milionera, tu jednak w Polsce film po prostu jest niestrawny. Kiedy widziałem kolejnych ludzi oddających w ręce Legolasa całą swoją władzę, będących mu wiernymi, lojalnymi i wpatrujących się weń jak w ikonę, krew mnie zalewała. Kiedy w końcowej scenie filmu Legolas odmawia pomocy królowi Anglii, a ten grzecznie się uśmiecha i odjeżdża wiedziałem, że czas wstać i wyjść z kina. Miałem rację, bo chwilę później były już napisy.




17 czerwca 2005 roku